Serwis Tłumacza


Strona główna arrow Lektury arrow Interpunkcja dziennikarska Make Text BiggerMake Text SmallerReset Text Size
Drukuj E-mail

Stanisław Barańczak

Interpunkcja dziennikarska


Co jest podstawową cechą stylu dziennikarskiego, gazetowego sposobu mówienia o rzeczywistości? Zwięzłość? Ekspresywność? Potoczność? Każdą z tych odpowiedzi czytelnik naszych gazet natychmiast odrzuci. Język dziennikarski jest u nas bowiem - wiadomo to nie od dziś - właśnie rozwlekły, bezbarwny pod względem wartości ekspresywnych, krańcowo odległy od żywej, potocznej mowy. Na inną natomiast odpowiedź zgodzi się chyba każdy: język dziennikarski u nas jest ostrożny. Bardzo ostrożny. I widać to wyraźnie już w najdrobniejszych jego elementach.

Chociażby w interpunkcji. Nie mam tu oczywiście na myśli interpunkcyjnych błędów, które w gazetach trafiają się gęsto; sfera językowej poprawności czy niepoprawności w tej chwili mnie nie interesuje. Myślę natomiast o pewnych zjawiskach, które są całkowicie poprawne i dozwolone, ale występują w wypowiedziach dziennikarskich w tak porażającym nadmiarze, iż zmuszają do zastanowienia się nad ich funkcją.

Oto fragment typowego sprawozdania sądowego w jednej z gazet codziennych (wszystkie cytowane dalej przykłady będą autentyczne). Mowa jest o oszuście, który, podając się za prokuratora, wyłudza pieniądze od różnych osób. Widzimy go właśnie u pewnej dróżniczki, którą tytuł prokuratora oczywiście porządnie nastraszył. „Tymczasem nieznajomy okazał się człekiem... życzliwym. Oświadczył wprawdzie, że prowadzi przeciwko niej sprawę o rzekome... niezamknięcie przed kilkoma dniami szlabanu, ale wszystko można załatwić pozytywnie". Transakcja dochodzi więc do skutku. „Dopiero później Mirosława B. dowiedziała się, że legitymacja, którą jej przedstawił, była zwykłą... kartą wędkarską". Następnie oszust nabiera parę innych osób. Od kogoś tam wyłudził pewną kwotę „na korytarzu... Prokuratury". Gdzie indziej znowu, podając się za pracownika Komitetu Wojewódzkiego, „poprosił o udostępnienie mu w sprawach służbowych... samochodu". W końcu jednak dosięga go ramię sprawiedliwości i rzekomy prokurator występuje „w roli... podejrzanego o dokonywanie oszustw".

Na przestrzeni niewielkiego felietonu - sześć trzykropków w środku zdania! Ale właśnie ów trzykropek w środku zdania jest jednym z najbardziej nadużywanych przez dziennikarzy znaków interpunkcyjnych. Oczywiście, spotkamy go i w innych dziedzinach wypowiedzi pisanych. Ma w nich funkcję dość jednoznaczną: uwydatnia niespodziankę, jaką jest dla czytelnika pojawienie się w pewnym kontekście nieoczekiwanego znaczenia. Ale żeby taką funkcję trzykropek mógł pełnić, znaczenie to musi być istotnie nieoczekiwane. Czy tak jest w wyżej cytowanych przykładach? Właściwie tylko fakt, że pełen fantazji oszust działa na korytarzach prokuratury, stanowi w tym tekście niespodziankę, zaskakującą pointę. Natomiast inne fakty charakteryzujące swojski proceder nabieracza nie są w stanie nas zdziwić. „Okazał się człekiem..." jakim? oczywiście „życzliwym", bo wiemy już z tytułu felietonu (Fałszywy prokurator), że chodzi o oszusta, a ten musi w pewnym momencie okazać się „życzliwy" i umożliwić w ten sposób zastraszonej ofierze wręczenie łapówki; niespodzianki nie ma. Sprawa przeciwko dróżniczce dotyczyć może „rzekomego..." czego? ależ najprawdopodobniej „niezamknięcia szlabanu", każdy by w takiej sytuacji wpadł na ten pomysł; niespodzianki nie ma. Że legitymacja prokuratorska nie była prawdziwa, to wiedzieliśmy od samego początku; niespodzianki nie ma. Już sam frazeologiczny schemat zdania „poprosił o udostępnienie mu w sprawach służbowych..." zapowiada dopełnienie „samochodu" (przecież nie pudełka zapałek); niespodzianki nie ma. Wreszcie fakt, że czytamy felieton opatrzony nagłówkiem „Z sali sądowej", zapowiada od samego początku, że fałszywy prokurator wystąpi wreszcie „w roli... podejrzanego"; niespodzianki i tutaj nie ma.

Łatwo można się domyśleć intencji dziennikarza, widocznych w owym zatrzęsieniu trzykropków, które niemalże przelewają się przez brzegi gazetowych szpalt. Autor felietonu miał oczywiście dydaktyczne ambicje. Chciał wykazać z jednej strony bezczelność przestępcy, z drugiej - łatwowierność poszkodowanych, z trzeciej - nieuchronność kary, która dosięgnie w końcu oszusta. Trzykropki, akcentujące paradoksalność czy niewiarygodność relacjonowanych zdarzeń, miały służyć tym właśnie trzem celom. Ale im nie służą! Historia „fałszywego prokuratora" dopiero wtedy przemówiłaby całym blaskiem swoich paradoksalnych sensów, gdyby moralizatorskie nastawienie autora, widoczne m.in. w owych natrętnych trzykropkach (a także w doborze słownictwa itp.), zostało całkowicie wyeliminowane. Bo to, co mieliśmy przed oczami, przypomina trochę postępowanie owych opowiadaczy anegdot, którzy uprzedzają „Uwaga, teraz będzie pointa" i oczywiście kładą dowcip.

Bardzo podobne podłoże ma zjawisko nadużywania innego znaku: cudzysłowu. Dziennikarz jest tak ostrożny, że najchętniej wziąłby w cudzysłów wszystko: zwłaszcza, gdy wypowiada się mniej anonimowo, niż to najczęściej w gazecie bywa. Istnieje pewna prawidłowość, którą można by, sądzę, potwierdzić badaniami statystycznymi: cudzysłowów w tekście dziennikarskim jest tym więcej, im bardziej ów tekst jest związany z konkretnym autorem. Najmniej więc ich będzie w anonimowym komunikacie PAP-u, więcej - w tekście redakcyjnym nie sygnowanym przez konkretną osobę, jeszcze więcej - w notatce podpisanej kryptonimem, najwięcej - w tekście opatrzonym pełnym nazwiskiem autora. Prawidłowość ta jest całkiem zrozumiała. Cudzysłów to symptom lęku przed jakimkolwiek wychyleniem się, choćby najniewinniejszym: dziennikarz tak dalece patrzy sam sobie w trakcie pisania na palce, że niejako automatycznie stara się odciąć od wszystkiego, co nie byłoby jego własnym słowem rozumianym serio i dosłownie. Podobnie więc jak trzykropek znaczy „Uwaga, teraz będzie niespodzianka", cudzysłów można interpretować jako „Uwaga, to nie ja powiedziałem", albo „Uwaga, proszę tego nie brać na serio". Jest więc cudzysłów sygnałem np. ironii („marionetkowy »rząd« premiera X"), znaczenia przenośnego („publiczność »wali« na wystawę »drzwiami i oknami«"), czy zamierzonego przez kogoś fałszu („oszust »obiecał« mu, że to załatwi"). Zaznacza użycie właśnie cudzego słowa, a więc pozwala odciąć się skrupulatnie od wszelkich potocznych powiedzonek, dialektyzmów, wulgaryzmów. „Uwaga, to nie ja powiedziałem; proszę tego nie brać na serio".

Styl dziennikarski celuje zawsze w czytelnika możliwie najmniej rozgarniętego: tego, który z pewnością nie zrozumie dowcipu, nie dostrzeże aluzji, nie doceni niespodzianki, weźmie na serio to, co jest ironią czy przenośnią, uczyni dziennikarza odpowiedzialnym za to, co jest zacytowanym „cudzym słowem", co wykracza poza bezpiecznie bezbarwny dziennikarski język. To dla takiego odbiorcy wszystkie owe trzykropki i cudzysłowy... Śmiem twierdzić, że czytelnicy naszych gazet umieją jednak myśleć trochę samodzielniej i sprawniej, niż to sobie wyobrażają dziennikarze; a ów odbiorca-przygłupek, do jakiego starają się dostosować, gazet i tak nie czyta.

 

© by Stanisław Barańczak
(felieton z wczesnych lat 70.; publikacja za zgodą autora)

 

 
poradkk

Tłumaczenie filmów

Słownik budowlany