Roman Kozierkiewicz
Dictionary of Hotel and Tourist Terms
English-Polish, Polish-English
Ocena: 2/10
Za niemal sto złotych nabywca Dictionary of Hotel and Tourist Terms otrzymuje ładne opakowanie (solidną, starannie zaprojektowaną okładkę) kryjące tandetną zawartość szumnie nazwaną słownikiem. Książka do złudzenia przypomina recenzowany tu kilka lat temu Słownik turystyki i hotelarstwa innych autorów: ten sam brak przemyślanej koncepcji, przypadkowość w doborze haseł, błędy merytoryczne i fatalne opracowanie redakcyjne.
Zacznijmy od sprawy
najpoważniejszej, najszybciej rzucającej się w oczy, a więc tego, że znowu
część polsko-angielska stanowi tu mechaniczne odbicie części
angielsko-polskiej. Rezultatem tego jest mnóstwo haseł kompletnie
bezsensownych, które są albo nieprawdziwe (dzielnica Londynu – West End;
francuskie wino białe – Blanc de Blancs; miara objętości (około pół
litra) – pint; odmiana raftingu – hydrospeed; typ samolotu –
equipment; opis drogi – directions), albo tak wydumane, że trudno
sobie wyobrazić, by ktokolwiek kiedykolwiek próbował ich szukać (napój
gazowany w [sic!] smaku podobnym do toniku; dwa drinki zamawiane
jednorazowa [sic!] dla jednego gościa; korzystanie z domu lub
mieszkania będącego współwłasnością; nocleg, wyżywienie oraz pozostałe
usługi świadczone przez hotel zawarte w cenie pokoju; osoba organizująca
życie towarzyskie w hotelu lub w ośrodku wakacyjnym; ostateczny czas, do
którego możemy załatwić daną sprawę; specjalny park zabaw dla
rowerzystów itp.).
Jednocześnie brakuje rzeczy
elementarnych, jak choćby podstawowych czasowników związanych z podróżowaniem i
różnymi formami rekreacji (np. przejść, przejechać, przepłynąć, pokonać,
spędzić, wypoczywać), nazw wielu obiektów turystycznych (np. piramida,
świątynia, budowla, starówka, mury obronne, pustelnia, kapliczka, dom wczasowy
[jest tylko w wersji dla osób starszych], foyer, tawerna, szosa
[jest tylko z widokami], serpentyny, drogowskaz, punkt
widokowy, ogródek piwny, wyciąg krzesełkowy, pustynia [jest tylko, nie wiedzieć czemu, hasło pustynia Nevada – Black Rock
Desert], góra [jedyny podany odpowiednik to top], podejście,
przepaść, wulkan, stolica, prowincja) i innych terminów z tej branży
(np. cisza nocna, materac [jest tylko wodny], sporty
ekstremalne, lotniarstwo, relaks, legenda [w obu znaczeniach], wylot,
opieka rezydenta, wycieczka fakultatywna, safari, obiadokolacja, moskitiera,
targować się). Hasła wieloznaczne na ogół nie zawierają żadnych dodatkowych
wyjaśnień, czytelnik sam więc musi dociekać, co dokładnie autor miał na myśli
pisząc np. castle – zamek (w drzwiach?); town square – rynek
(usług?), venue – ustalone miejsce (budowy nowego hotelu?), odniesienie
– reference (znalezionego portfela?), wykonawca – contractor (na
scenie?), połączenie krajowe – internal flight (pociągiem też?), wieś
– countryside (czyli „We wsi są dwa sklepy” to po angielsku „There are two
shops in the countryside”?).
Dobór haseł wydaje się całkowicie
przypadkowy. Nie wiadomo, dlaczego np. są słowa cathedral, church
i synagogue, ale już nie basilica, cloister czy mosque.
Czemu expressionism i Gothic, ale nie impressionism i Renaissance?
Czemu obok zakonnicy nie ma zakonnika ani mnicha, obok
protestantyzmu brakuje katolicyzmu i prawosławia, a obok Wielkiego
Piątku i Bożego Ciała nie pojawia się nawet Wielkanoc ani Boże
Narodzenie? Dlaczego na specjalne potraktowanie zasłużyły five-star
hotel i high quality, ale four-star hotel i low quality
już nie? Czemu queen poznajemy tylko jako duże łóżko podwójne,
mimo że istnieje osobne hasło king – król? Czemu obok matches –
zapałki nie ma żadnego meczu, imprezy pozostającej przecież w kręgu
zainteresowań turystów? Z jakich względów autor uznał za stosowne wyróżnić Oval
Office (co notabene przetłumaczył jako gabinet owalny), zapominając
równocześnie o White House?
Wiele haseł, przez analogię do junk
food i junk bonds, chciałoby się określić jako junk entries –
słownikowe śmieci, pozostałości po jakichś nie do końca przetrawionych
materiałach źródłowych. Przykładem mogą być: Thai herbal heat treatment;
Florida countryside; thick Russian accent; Blue Train – linia kolejowa w Afryce
Południowej między Durbanem i Pretorią; Kroc – Kroc, założyciel
McDonald’s; Czarni Muzułmanie („zwykłych” oczywiście brak); Eurazja
(przy braku wszystkich pozostałych kontynentów); boundaries of ecotourism;
sense of identity; characteristic mountain hotel – typowy hotel górski
(skądinąd, jeśli charakterystyczny to raczej nietypowy). Bywa też, że
autor zasypuje nas wiedzą zupełnie zbędną, np. w haśle computer reservation
systems, gdzie podaje aż 11 (!) przykładów nazw takich systemów, albo w
haśle wino naturalne, gdzie w charakterze przykładu użycia otrzymujemy
monstrualną definicję z jakiejś angielskojęzycznej encyklopedii. Przy słowie alpine
autor uznał zaś, że samo alpejski może być niejasne, doprecyzował więc,
iż jest to pojęcie dotyczące Alp.
Pewną konsternację z kolei wzbudziły we
mnie hasła cena detaliczna narkotyku i nielegalny handel. Jeśli
dodać do tego jeszcze przesłuchanie, obrońcę z urzędu, wyrażenie odmówić
składania zeznań i Kajmany (jedną z dosłownie kilkunastu nazw
geograficznych w całym słowniku), do głowy przychodzą doprawdy różne
podejrzenia...
Zupełnie nietrafionym pomysłem
wydaje mi się naszpikowanie słownika setkami terminów czysto marketingowych,
które mają tyle wspólnego z hotelarstwem i turystyką, ile z dowolną inną gałęzią
przemysłu – ot, choćby: advertising awareness point, cluster analysis,
equity market, zachowanie klientów instytucjonalnych, filozofia ukierunkowana
przez rynek. Komu niby ma się to przydać? Turyście? Kierownikowi hotelu?
Pracownikowi biura podróży? Z drugiej strony znajdziemy tu także mnóstwo słów i
wyrażeń należących do najbardziej codziennej angielszczyzny, które nawet przy
maksimum dobrej woli trudno uznać za jakoś szczególnie związane z turystyką (figure
out – zastanowić się; for years – przez lata; guy – facet, marvellous –
świetny; probably – prawdopodobnie, right now – w tej chwili; with pleasure –
chętnie; chodzące nieszczęście – walking disaster; kasiora – dough; kolory
jesieni – autumn colors; parę dni – couple of days). Sprawia to wrażenie
pompowania objętości książki na siłę.
Przejdźmy teraz do ewidentnych
błędów rzeczowych. W języku angielskim na pewno nie istnieje słowo thallassoterapia
– jeśli już, to thalassotherapy, przy czym nie ma ono nic wspólnego z turystyką
saharyjską. Fresh water być może w niektórych kontekstach dałoby się
przetłumaczyć jako woda orzeźwiająca, ale przede wszystkim jest to woda
słodka (tzn. nie morska). Podobnie rzeczownikowi sytuacja może
niekiedy odpowiadać picture, nieskończenie częściej jednak mówi się i
pisze po prostu situation. Czasownik wybierać to po angielsku na
pewno nie choice, a przenocować nie wystarczy potraktować na
odczepnego jednym put up. Highway – powtórzę z uporem maniaka –
nie jest autostradą, a Big Ben to nie słynny londyński zegar
tylko dzwon. Parking po angielsku zwie się car park albo parking
lot, ale nie parking i podobnie kemping to campsite
albo camping site – nie camping. Słowa coin na pewno nie
można tłumaczyć tylko jako bilon, a double-decker bus jednak nie
odnosi się do kanapki dwuwarstwowej. Concierge to dużo więcej niż
zwykły portier (wieloletni pracownik luksusowego hotelu powinien o tym
wiedzieć). Dyplomatę nazywamy po angielsku diplomat; słowo diplomatist
jest mocno przestarzałe. Upierałbym się też, że family-run hotel
niekoniecznie określa hotel prowadzony przez właścicieli – przecież
właścicielem może być osoba samotna. No i po polsku mówi się sieć hotelowa,
a nie łańcuch hotelowy.
Niektóre hasła zostały poszerzone
o przykłady użycia danego terminu. Ich przydatność niestety wydaje się
wątpliwa. Z jednej strony znajdziemy tu bowiem słowa trywialne (po cóż
właściwie rozwijać w ten sposób beer, portrait czy guest?),
z drugiej zaś zdania niegramatyczne (The road was completed blocked by
trucks. Where I can obtain visa for Australia? We asked reception to be waken
at 7.00 a.m. Post-war economic reconstruction has been made possible due to the
Marshall Plan. They sat up camp on the verge of the desert. We were invited to
the wine testing in one of the well-known winery in Nappa Valley in California).
W haśle obsługiwać mamy poprawne serve, ale podany przykład (Dinner
is served between 8 and 10 p.m.) dotyczy zupełnie innego polskiego słowa (podawać,
serwować).
Mnóstwo mankamentów słownika
jeszcze bardziej niż autora obciąża wydawcę – Wydawnictwo C. H. Beck – bierze
się bowiem z niechlujnego opracowania redakcyjnego. Przede wszystkim hasła są
umieszczone w formie zwykłej listy, jedno pod drugim, bez jakiejkolwiek
hierachii (termin podstawowy, terminy pochodne, wyrażenia), określenia i
rozróżnienia części mowy, oddzielenia homonimów. I tak np. pod barbecue
znajdziemy wyliczone kolejno: grill; posiłek przy rożnie; rożen; grillować,
a pod bar – bar z alkoholem; baton; bufet; lokal gastronomiczny;
tabliczka; blokować. Przy łóżkach najpierw pojawia się ich kilka rodzajów
(w tym łóżko polowe – camp bed), potem sam rzeczownik łóżko, a
dalej jeszcze kilka szczególnych odmian tego mebla (i ponownie łóżko polowe,
tym razem jako cot). Termin półwysep wyskakuje nieoczekiwanie
między południkiem a pomarańczą. Jako odrębne hasła funkcjonują połączenia
promowe i połączenie promowe, play room i playroom. Żadna
forma graficzna nie odróżnia typowej terminologii słownikowej od pełnych zdań,
które tym samym otrzymują status samodzielnych haseł, np. bankomat zatrzymał
moją kartę; co grają? jedź ostrożnie; nie zaśmiecaj; można płacić kartą;
wszystkie drogi prowadzą do Rzymu; proszę się nie rozłączać.
Poważnym uchybieniem
leksykograficznym jest też wyjaśnianie jednej części mowy za pomocą zupełnie
innej w drugim języku, np. beyond the mobile range (wyrażenie
przymiotnikowe) – brak zasięgu telefonii komórkowej (rzeczownik); na
czczo (przysłówek) – empty stomach (rzeczownik z przymiotnikiem); verge
(rzeczownik) – na skraju (przysłówek); booked up (przymiotnik) – brak
miejsc (rzeczownik). Redaktor nie zadbał również o to, by obie strony w
hasłach miały tę samą liczbę gramatyczną, co i rusz znajdujemy więc takie
nieścisłości jak airline crew – załogi samolotów, baked potato – kartofle
zapiekane czy typical travel situation – typowe sytuacje w czasie
podróży. Liczba mnoga często zresztą pojawia się na zasadzie czystej
przypadkowości. Nie wiadomo, dlaczego właściwie wyróżniono tak np. parki
etnograficzne (zaraz obok hasła park wodny), doświadczonych
narciarzy (obok doświadczonego podróżnika), rogaliki (skoro
jest bułka). Z drugiej strony mamy pojedynczą water-ski. Bardzo
niefrasobliwie potraktowano też zasadę stawiania przymiotnika przy rzeczowniku,
w rezultacie czego niektóre pospolite określenia w języku polskim zostają
awansowane do rangi specjalistycznych terminów (np. podróż krótka, widok
atrakcyjny), inne zaś tracą ten status (deszczowy las).
Takie słowa jak color, harbor,
traveler, center czy tires wskazują, że zdecydowano się na pisownię
amerykańską. Czemu nie? Tylko po co w takim wypadku jeszcze dodatkowo oznaczać
amerykanizmy (skrótem am.), zamiast wyróżnić formy brytyjskie? Przy bliższym
sprawdzeniu okazuje się zresztą, że i tutaj panuje pełna beztroska i dowolność, bo np.
haseł centre i tyres nie ma w ogóle, są za to draught i moulded - bez swoich amerykańskich
wariantów pisowni, teatr zaś pojawia się
wyłącznie jako theatre (chyba że mowa o movie theater).
Z pomniejszych uchybień
edytorskich wymieńmy jeszcze całkiem sporo literówek (np. desert – deser;
off the beaten truck; cannoning [zamiast canyoning]; extra bed –
dodatkowe łódzko; parter – first floow; statua – statute; leni dzień – summer
day; Swedidh buffet), złe dzielenie wyrazów w języku angielskim (do-wnhill,
co-untry, bo-oked up, lo-oks, bre-akdown, se-rvice; not-hing itp.), złą
odmianę obcych nazw (wieża Eiffel’a) i dowolność w użyciu cudzysłowu
(np. na s. 299 przy angielskich określeniach raz jest górny, raz dolny; gdzie
indziej nie wiadomo czemu wzięto weń pospolitą deszczówkę).
Podsumowując: Dictionary of
Hotel and Tourist Terms co najwyżej nadaje się do sporadycznego sprawdzania
pewnych terminów z zakresu hotelarstwa i marketingu (bez żadnych gwarancji
poprawności), ale już pod względem słownictwa typowo turystycznego jest
znacznie uboższy od dowolnego dużego słownika ogólnego. Z dwóch punktów, na
jakie wyceniam tę pozycję, jeden przyznaję za dość konsekwentne unikanie
makaronizmów w rodzaju destynacji i touroperatora, jakich pełno w
żargonie biur podróży (i tę drobną radość zmąciła mi niestety kastomizacja).
Jak widzę, w ostatnich miesiącach
Wydawnictwo C. H. Beck wypuściło na rynek całą serię słowników
specjalistycznych. Nie wiem, jaką wartość mają pozostałe, ale potencjalnym
nabywcom sugeruję daleko posuniętą ostrożność.
© by Arkadiusz Belczyk 2008
|