Serwis Tłumacza


Strona główna arrow Lektury arrow Ostrożnie z lokalizacją Make Text BiggerMake Text SmallerReset Text Size
Drukuj E-mail

Ostrożnie z lokalizacją


 

Przy tłumaczeniu filmów fabularnych bardzo często pojawia się problem, jak optymalnie przekazać odbiorcy elementy obcej mu kultury. Dotyczy to zwłaszcza seriali telewizyjnych, które – z racji rozbudowanej, wielowątkowej fabuły – są najsilniej osadzone w realiach codziennego życia i co chwilę odwołują się do tego, co widzom oryginalnej wersji jest doskonale znane: nazw rozmaitych produktów spożywczych, lokali gastronomicznych i zakładów usługowych, urzędów, instytucji, zabytków i innych budowli, współczesnych bądź historycznych wydarzeń, reklam telewizyjnych, dowcipów, plotek, nazwisk sławnych postaci ze świata mediów, polityki czy sportu... Niektóre z tych elementów są rozpoznawane również przez zagranicznych widzów, większość jednak nie budzi w nich żadnych skojarzeń, tłumacz musi więc coś z nimi zrobić, by jego tłumaczenie nie pozostało w dużej części niezrozumiałe.

Możliwości postępowania jest kilka i poświęciłem im cały rozdział Tłumaczenia filmów; tutaj chciałbym tylko dodać garść uwag o jednej z tych metod: adaptacji, nazywanej też lokalizacją albo – jeszcze bardziej naukowo – domestykacją. Polega ona na zastąpieniu elementu obcej kultury elementem kultury rodzimej, stanowiącym mniej czy bardziej dokładny ekwiwalent funkcjonalny i skojarzeniowy. Hasłowo rzecz ujmując, jeśli w oryginalnym tekście pojawi się nazwisko Petera Jenningsa, jednego z najbardziej znanych amerykańskich dziennikarzy telewizyjnych, to w polskim przekładzie przeobrazi się on np. w Tomasza Lisa.

Metoda ta, która w ostatnich latach zdobyła sporą popularność i rozgłos za sprawą wielkiego sukcesu dubbingowanej wersji Shreka, rzeczywiście bywa efektowna (jak i translatorsko efektywna), pozwala też tłumaczowi wykazać się błyskotliwością, ma jednak bardzo poważne ograniczenie, o którym nie zawsze się pamięta. Zdarzyło się to choćby panu Michałowi Garcarzowi w książce Przekład slangu w filmie, który sugeruje (s. 165), że natrafiwszy w amerykańskim filmie na wzmiankę o traperze Grizzlym Adamsie, tłumacz mógłby zastąpić tę postać np. Łokietkiem bądź Wandą „co nie chciała Niemca”. Kilka stron dalej (s. 172-3) rozważa zaś, czy w miejsce Jayne Kennedy, atrakcyjnej modelki znanej ze zdjęć w „Playboyu”, można by sięgnąć po Dodę lub Mandarynę – „tylko warto zadać sobie pytanie, czy za pięć kolejnych lat widzowie będą jeszcze [o nich] pamiętali [...] i czy takie tłumaczenie będzie nadal tak kulturowo ekwiwalentne?”
 
Otóż moim zdaniem taki zabieg jest nie do zaakceptowania nie ze względu na przemijalność sławy przywołanych pań, ale dlatego, że posłużenie się ich nazwiskami (podobnie jak obu wcześniej wspomnianych postaci z odległej historii naszego kraju) drastycznie zafałszowałoby realia kulturowe. Przecież Amerykanin w rozmowie z innym Amerykaninem nigdy by się nie powoływał ani na Łokietka, ani na Dodę, ponieważ są to bohaterowie nie z jego świata i zapewne nigdy nawet o nich nie słyszał. Tłumaczenie dialogów filmowych (jak zresztą przytłaczającej większości tekstów) powinno być maksymalnie przeźroczyste, neutralne i naturalne, to znaczy maskować fakt, że na drodze między oryginałem a odbiorcą przekładu stoi pośrednik – tłumacz. Tymczasem jeśli w polskiej wersji zaczną się pojawiać elementy, co do których nawet niezbyt rozgarnięty widz natychmiast się zorientuje, że nie mogły występować w oryginalnych dialogach, że z ekranu przemawiają doń nie aktorzy, ale tłumacz, powstanie wrażenie sztuczności i natrętności; efekciarstwo zabije realizm. To, co możliwe, nierzadko słuszne i – o ile tylko tłumacz dobrze się spisze – atrakcyjne w filmach animowanych (jak Shrek) albo purnonsensowych skeczach (jak Latający cyrk Monty Pythona), które dzieją się w świecie umownym, jest niedopuszczalne w filmie fabularnym, twardo osadzonym w konkretnej – niepolskiej – rzeczywistości.
 
O tym, że moda na domestykację filmów może prowadzić tłumaczy na manowce, pisze też – dosadnie, ale trafnie – autor pewnego bloga, protestujący przeciwko „peweksom w Ameryce”. Notka ta skądinąd przynosi także informacje o jeszcze jednym niepokojącym procederze spotykanym w polskich tłumaczeniach list dialogowych. Niektórzy dystrybutorzy doszli mianowicie do wniosku, że dla uatrakcyjnienia odbioru widzom warto by ubarwiać wypowiedzi postaci w zagranicznych filmach poprzez dodawanie humorystycznych czy wulgarnych (w kinach można sobie pozwolić na więcej niż w telewizji) wyrażeń nieobecnych w oryginale. Jest to oczywiście praktyka ze wszech miar skandaliczna, bo również sprowadzająca się do fałszerstwa – tym razem w odniesieniu do scenariusza i autorów filmu.  Ciekawe tylko, jakim mądrym terminem nazwą tę „metodę’, czy raczej „strategię tłumaczenia” teoretycy przekładu.
 

© by Arkadiusz Belczyk 2009
 
Zob. też artykuł "O tłumaczeniu filmów"
 
 
 
poradkk

Tłumaczenie filmów

Słownik budowlany