Serwis Tłumacza


Strona główna arrow Lektury arrow CAT dobry na wszystko? Make Text BiggerMake Text SmallerReset Text Size
Drukuj E-mail

CAT dobry na wszystko?


 

 

Na sympatycznym blogu kolegi po fachu wśród wielu cennych i słusznych uwag natknąłem się i na takie oto stwierdzenie:

Nie ma wytłumaczenia na niestosowanie CAT-ów. Tłumacz w 2009 roku bez CAT nie istnieje. Finito.

No więc, ehm, ja istnieję. Co więcej, jak mi się wydaje, radzę sobie całkiem nieźle, a w przyszłość patrzę dość optymistycznie, mimo że programów tych nie używam. Przyczyną nie jest ani techniczny konserwatyzm (którego nie wyznaję), ani irracjonalna wrogość do tych narzędzi (której nie odczuwam), ani niezdolność do opanowania ich obsługi (której u siebie nie widzę), ale najzwyczajniej w świecie brak takiej potrzeby. Otóż – jakkolwiek nieprawdopodobne by się to mogło wydawać użytkownikom CAT-ów – istnieją całe segmenty rynku tłumaczeniowego (podkreślam: segmenty, nie nisze), w których ważna jest kreatywność, a nie dbałość o zachowanie spójności terminologicznej. Obejmują one na przykład literaturę (nie tylko piękną), filmy i wszelkie produkcje telewizyjne (tutaj odrębną kwestią jest niekompatybilność profesjonalnych programów do tworzenia napisów z innym oprogramowaniem), materiały promocyjno-reklamowe, a nawet prace naukowe, o ile są to oryginalne dzieła, a nie kompilacje innych tekstów. W zasadzie do tej kategorii należy wszystko, co można znaleźć w dowolnej księgarni poza działem informatyki, techniki, prawa i może częściowo ekonomii. W tych rodzajach tłumaczeń tradosowate są po prostu bezużyteczne, a sięganie po nie przypominałoby instalowanie sobie w domu wyrafinowanych wielokanałowych systemów audio tylko po to, żeby słuchać wiadomości w radiu. Oczywiście – można, i będzie to nawet miało pewne zalety (dużo lepsza jakość dźwięku niż przy zwykłym radioodbiorniku), ale sensu w tym większego nie ma.

Rok temu skończyłem tłumaczyć przewodniki turystyczne dla „Gazety Wyborczej”, w sumie kilkanaście sztuk, wszystkie z tej samej serii, w jednolitym opracowaniu edytorskim – można by sądzić, że do takiego zlecenia CAT będzie wręcz idealny. Jako że znajomy akurat zachęcał mnie do przetestowania programu Metatexis, z ciekawości spróbowałem. Wczytałem plik, na którym właśnie pracowałem, i zgodnie z otrzymanymi instrukcjami przystąpiłem do tłumaczenia. Skapitulowałem po kilku stronach, przyjrzawszy się bliżej otrzymanym segmentom i całości tekstu źródłowego. Rzeczywistość wyglądała bowiem tak, że jedynym powtarzalnym elementem w tych książkach było może z dziesięć drobnych nagłówków, na które w zupełności wystarczyłaby funkcja Ctrl+H w Wordzie. Całą resztę stanowiły zdania, w których podczas tłumaczenia co i rusz okazywało się, że najlepiej będzie początek drugiego dokleić do pierwszego, a środek przesunąć na koniec, pół trzeciego w ogóle wywalić, bo zawiera uwagi całkowicie nieczytelne i nieistotne dla polskiego odbiorcy, za to w czwartym trzeba coś dodać, by uniknąć niejasności czy dwuznaczności. Jak w takiej sytuacji zestawiać jakiekolwiek dwujęzyczne pary segmentów i tworzyć pamięci tłumaczeniowe pomocne w dalszej pracy, zwłaszcza gdy prawdopodobieństwo powtórzenia się danego elementu jest właściwie zerowe?

Ten krótki eksperyment z CAT-m uświadomił mi też, jak często w trakcie pracy cofam się do wcześniejszych zdań, żeby jakieś słowo zastąpić lepszym synonimem, przeformułować myśl, zmienić nieco szyk wyrazów (inaczej bowiem fragment kawałek dalej byłby niezrozumiały), dopisać coś, co nagle przyszło mi do głowy, poprawić dostrzeżony błąd... W Wordzie robię to odruchowo i błyskawicznie; tutaj każdy taki skok kursorem wymagał najpierw zamknięcia aktualnego segmentu (często przetłumaczonego w tym momencie tylko częściowo), otwarcia poprzedniego, wprowadzenia zmiany, znów zamknięcia segmentu i otwarcia następnego. W ten sposób na dłuższą metę pracować się po prostu nie da.

Teoretycznie mógłbym oczywiście nie oglądać się za siebie, przetłumaczyć na brudno cały tekst i dopiero wtedy przejrzeć wszystko jeszcze raz, segment po segmencie, wprowadzając stosowne poprawki. Doświadczenie nauczyło mnie jednak, że odkładanie takiej redakcji na koniec nie sprawdza się, ponieważ po kilkudziesięciu stronach trzeba by na powrót przypominać sobie w szczegółach wywód autora. Poza tym ten rodzaj tekstu użytkowego zmusza wręcz do ciągłego analizowania sporych fragmentów przekładu, czasem większych nawet niż akapit, i sprawdzania, czy kolejne zdania układają się w zrozumiałą całość. Zwykle to i owo trzeba w nich zmienić, a odkrywszy to, trudno pędzić dalej, jak gdyby nigdy nic, z założeniem, że „ja tu jeszcze wrócę”. Dostrzeżone błędy lepiej i praktyczniej jest poprawiać natychmiast. CAT-y (o ile wiem, a za ich znawcę rzecz jasna się nie uważam) niespecjalnie to ułatwiają – co z mojego punktu widzenia jest poważną wadą.

Jakiś czas temu na którymś z translatorskich forów internetowych młoda tłumaczka i entuzjastka CAT-ów z wielkim przekonaniem stwierdziła, że przydają się one nawet do tłumaczenia wierszy – bo pozwalają wygodnie porównywać oryginał z przekładem. Nie jestem co prawda tłumaczem poezji, ale zdarzało mi się w życiu przekładać rozmaite piosenki i mniej czy bardziej wyszukane rymowanki, co uprawnia mnie do wyrażenia równie kategorycznego sądu, że najbardziej sprawdza się wówczas zwykły ołówek i kartka papieru, ponieważ pomysły najczęściej przychodzą do głowy np. w łóżku albo pod prysznicem.

Spotkałem się też z tezą, że CAT-y ułatwiają korektę. To także jest sporym nieporozumieniem. Ułatwiają adiustację merytoryczną, a więc sprawdzanie, czy w przekładzie nie zginęły (bądź nie zostały zniekształcone) jakieś fragmenty tekstu wyjściowego. Korektę ściśle językową (styl, ortografia itp.) sąsiedztwo wersji oryginalnej wręcz utrudnia, a to z uwagi na zjawisko interferencji. Nie jest przypadkiem, że w instrukcjach obsługi rozmaitych urządzeń i plikach pomocy do programów komputerowych – a więc tekstach o dużej powtarzalności i standardowo tłumaczonych w CAT-ach – tak często razi angielska interpunkcja i szyk zdania (przykłady pierwsze z brzegu: Po sparowaniu urządzeń, wybierz z listy potrzebną usługę; Musisz uruchomić ponownie komputer, aby aktualizacje zostały wprowadzone). Kiedy bowiem cały czas ma się przed oczami tekst angielski, trudno się wyzwolić spod złudnego przekonania, że po polsku pisze się w zasadzie tak samo, tylko innymi słowami.

Na jeszcze innej liście dyskusyjnej doświadczony tłumacz na co dzień posługujący się tradosowatymi niedawno dał upust swej frustracji po żmudnym poprawianiu czyjegoś koszmarnego „tłumaczenia wspomaganego”, posklejanego byle jak z fragmentów zaproponowanych przez komputer:

CAT-y to potężne narzędzie, ale w rękach idiotów sieją straszliwe spustoszenie, może rzeczywiście o jakieś 120% większe, niż gdyby dać im do ręki tylko edytor tekstu.

Otóż to. Programy te mogą być bardzo przydatne (i często przecież bywają), jednakowoż od myślenia nikogo nie zwalniają, niedoświadczonemu użytkownikowi potrafią mocno zaszkodzić, niekoniecznie się sprawdzą przy konkretnym rodzaju zlecenia, a bywa, że bardziej irytują, niż pomagają. Podsumowując: CAT-y tak, ale na pewno nie zawsze, wszędzie i bezkrytycznie.

 

© by Arkadiusz Belczyk 2009
 
 
 
 
poradkk

Tłumaczenie filmów

Słownik budowlany