Serwis Tłumacza


Make Text BiggerMake Text SmallerReset Text Size
Drukuj E-mail

A. Staniewska
Maciej Słomczyński vs. William Shakespeare

1    2    3

Inną, zupełnie chwilami zdumiewającą sprawą jest stopień, w jakim Słomczyński nie orientuje się w rodzaju i funkcji czasów w języku polskim. W 3 scenie IV aktu na słowa Desdemony: "...nie trzeba / Gniewać go (Otella) teraz" Emilia odpowiada: "Chciałabym, byś go nigdy nie ujrzała!" Jest to błędnie użyty czas - powinno być: "Obyś go nigdy nie była ujrzała!" (Paszkowski) lub tak jak jasno napisała Berwińska: "Bodaj go nigdy oczy twe nie znały!"

W dialogu Otella i Emilii w 2 scenie IV aktu Emilia mówi: "Jeśli łotr jakiś wbił ci to do głowy, / Niechaj Niebiosa przeklną go jak węża, / Bo jeśli ona nie będzie uczciwa, / Czysta i wierna, wówczas żaden człowiek / Nie zazna szczęścia...". W oryginale mamy oczywiście tryb zawisły (conjunctive mood): "For, if she be not honest...", który po polsku możemy przetłumaczyć tylko: "Jeśli ona nie jest" - czas przyszły nie ma tu żadnego sensu, ale Słomczyński zdaje się nie wiedzieć o istnieniu trybu zawisłego. W ostatniej swej wypowiedzi przed popełnieniem samobójstwa Otello mówi do Lodowika: "Musisz też rzec im o kimś, kto pokochał / Nie nazbyt mądrze, lecz nazbyt gorąco, / O kimś, kto łatwo nie uległ zazdrości, / Lecz podjudzony popadł w ostateczność...". Tu znowu błędny jest czas dokonany "uległ", powinien być użyty czas niedokonany - u Berwińskiej oddane to jest dobrze: "...o kimś, / Kto nierozumnie, lecz bez granic kochał, / O kimś, kto nie był z natury zazdrosny, / Lecz gdy raz zwątpił, wpadł w otchłań szaleństwa".

To zajadłe trzymanie się przy tłumaczeniu samej tylko powierzchni zdań i wyrazów w najbardziej pierwotnym, nie zanalizowanym sensie, bez żadnej próby dociekania ich możliwych siedemnastowiecznych znaczeń, doprowadziło do tego, że Słomczyński zrobił z Króla Leara, jak to bystro określiła Irena Szymańska, historię starego ojca i niedobrych córek - i nic więcej; z Hamleta zrobił skandal w rodzinie królewskiej - i nic więcej; z najgorzej przetłumaczonego Otella natomiast powstała historyjka w stylu Trędowatej z magla, o tym, jak to, "moja pani, ten czarniuch z piekielnej zazdrości wziął i udusił żonę, a ona, moja pani, to był niewinny aniołeczek, tylko tego czarniucha, uważasz pani, taki jeden łobuz namówił, co miał do niego złość, bo mu czarniuch posady lepszej nie dał...".

Nijakość, brak charakteru, indywidualności - to może najbardziej niepokojąca rzecz w tych przekładach. Ich język jest bez żadnej twarzy, żadnej osobowości. Robi to wrażenie, jakby jakiś upiorny komputer wypuszczał z siebie metry dętych, topornych frazesów. Czytać się tego nie da, bo jak mówią aktorzy "nie mieści się to w gębie" - słowa potykają się o zęby i haczą. Dlatego nie wierzę, by te przekłady utrzymały się na scenie. Po prostu nie dadzą się mówić i nie dadzą się słuchać. Słomczyński nie ma pojęcia o wewnętrznej melodii wiersza - to co pisze, jest właściwie zaprzeczeniem wiersza, tak jest sztywne i kanciaste. Można by zacząć snuć rozważania, co mogło spowodować tak straszliwy uniformizm - czy system, w którym żyjemy, czy zupełny brak troski tłumacza o stronę formalną i traktowanie tych przekładów jako sposobu dorobienia się dużych pieniędzy?...

Z tragediami jest źle, ale strach pomyśleć, co będzie z komediami, trudniejszymi do przełożenia - wymagają lekkości i wdzięku języka. Szczudlasty i koturnowo napuszony, a przy tym niepiękny i niejednokrotnie wręcz niepoprawny język Słomczyńskicgo zadusi ze szczętem Jak wam się podoba i Wieczór Trzech Króli, a także dowcip dialogów w Wiele hałasu o nic. Niedawno w jednym z artykułów wspomnieniowych o Miłoszu z czasów okupacji przeczytałam, że kiedy tłumaczył Jak wam się podoba, powiedział, iż tę komedię trzeba by właściwie tłumaczyć tańcząc. W tym powiedzeniu zamyka się więcej, doskonalsze zrozumienie istoty wielkich komedii Szekspira, niż można odkryć w wielu sążnistych artykułach i esejach. Przekłady Słomczyńskiego były zapowiadane z wielkimi fanfarami przez Wydawnictwo Literackie i samego tłumacza jako nowe, nowoczesne wersje, dające czytelnikowi przekłady zgodne z poczuciem językowym naszego czasu, itd. Takie nowoczesne tłumaczenia obok klasycznych robią Niemcy - i są to rzeczywiście tłumaczenia pisane nowoczesnym językiem i stosujące nowoczesną formę wersyfikacyjną (Hans Rothe, Richard Flatter, Schroder). Nowoczesnymi przekładami można nazwać tłumaczenia Jerzego S. Sity u nas - czy się je lubi, czy nie. Są rzeczywiście pisane nowoczesnym językiem i stosują takąż formę wiersza (czasem dość naciąganą, zwłaszcza gdy kilka krótkich "schodkowych" wersów - rozpisanych w jedną linię - tworzy normalny 11-zgłoskowiec jambiczny), tekst sztuki jest nośny, słyszy się go dobrze ze sceny, liryki są na ogół udane, czasem bardzo ładne. Co można powiedzieć w zestawieniu z tym o reklamowanej jako nowoczesna i odpowiadająca wymaganiom naszego czasu formie przekładów Słomczyńskiego? Obawiam się, że tylko to, iż formy takiej w ogóle u niego nie ma i nie ma żadnej koncepcji. Jak już powiedziałam, poza szczudlastością i bardzo niekiedy irytującą sztucznością język ten nie ma żadnego oblicza. Nie jest archaizowany, prawdziwej archaizacji Słomczyński nie potrafiłby zrobić, bo nie ma do tego przygotowania i wykształcenia językowego. Nie jest też bynajmniej nowoczesny ani do nowoczesności zbliżony; częstokroć język starego Ulricha i Koźmiana brzmi nowocześniej. Jest najgorszym, co można było wydumać: jakimś przedziwnym, całkowicie sztucznym konkoktem, jakim nie mówią żadni ludzie, z wydziwionym szykiem i prymitywną składnią (bardzo często wers kończy się zaimkiem "który", zawieszonym w powietrzu i robiącym wyjątkowo niezdarne wrażenie). Poprawianie tego jest w praktyce niewykonalne, ponieważ tłumacz niczego nie omawia i chwali się radośnie w licznych rozmowach od lat, że nie wie, co to zaimek, co przyimek, co przymiotnik, co znaczy czasownik przechodni lub nieprzechodni, co imiesłów. Szczęśliwy, zawsze sobą zachwycony "naturszczyk" uważa to za powód do dumy, tak jak powód do dumy widzi w fakcie, że Juliusza Cezara "przetłumaczył w ciągu czterech dni" (niezależnie od tego, czy to prawda czy blaga). Obok nieuctwa językowego rozkwita także w tych przekładach nieuctwo merytoryczne - realia są często wyssane z palca. Słomczyński uznaje w Otellu na przykład, jeden tylko rodzaj dłuższej broni białej - miecz; nie istnieje dla niego rapier czy szpada, w Otellu mamy wyłącznie miecz, a przecież jest to zgodnie z określeniem w Małym słowniku języka polskiego "dawna broń sieczna o szerokim ostrzu i prostej rękojeści" - Kasjo na pewno nie ścigał Roderiga (!) z "mieczem w dłoni", tylko z rapierem albo szpadą.

Brak dbałości o formę, o odczytywanie sensu, wreszcie o piękno i barwność języka "nadrabia" Słomczyński zaskakującymi i chyba nieszczęśliwymi udziwnieniami, głównie w sferze imion i nazw. Z powodów trudnych do zrozumienia uznał za korzystne dla polskiego tekstu zachowanie angielskiej wersji imion i nazwisk bohaterów i trzyma się tego uporczywie, acz niekonsekwentnie. Jest więc "Polonius", "z Poloniusem", "o Poloniusie", "Claudius", "Claudiusa", "z Claudiusem", "Bianca", "o Bianci" (sic!), "Othello", "z Othellem", "Cassio", "Macbeth", "z Macbethem" (złamał się tylko, gdy zadałam mu na marginesie redagowanego maszynopisu Macbetha pytanie, jak sobie wyobraża wymówienie przez aktora formy "o Macbethcie"). W Burzy występują niekonsekwentnie "Ferdynand" i "Kaliban" obok "Stephano" i "Trinculo"; w Dwóch szlachcicach (!) z Werony mamy: "Valentino", "Thurio", "Silvia", "Proteus" itp. W Śnie nocy letniej funkcjonujący od półtora wieku w polskiej tradycji "Puk" zmienił się w "Paka" (i jako "Pak" występował już w przedstawieniu Snu... zdaje się w Opolu) - takie ma wyobrażenie tłumacz o dźwięku krótkiego u w angielskiej nazwie Puck. Ma kamienne ucho i nie wie, że szerokie, rozwarte "a" w języku polskim jest dalsze od krótkiego angielskiego "u" niż polskie krótkie "u" w nazwie "Puk". Ale dla Słomczyńskiego nie istnieje tradycja - to, że Słowacki pisał: "a także, że z księdza nie może nagle być z Makbeta jędza" - ważniejsze jest udziwnianie, kiczowate i niezdarne, sprzeczne z duchem języka polskiego. Czytając przez dłuższy czas przekłady Słomczyńskiego nie mogę odpędzić skojarzenia o odstającym małym palcu przy piciu herbaty jako symbolu pseudo-"wytworności" ("shabby gentility") drobnomieszczańskiej. Te przekłady to właśnie taka "wytworność odstającego palca".


szekspirPierwszy zaatakował wydanego w edycji dwujęzycznej Hamleta Bohdan Drozdowski w numerze "Poezji". Atak był bardzo gwałtowny i "w stylu" Drozdowskiego - i tu się zaczął klasyczny polski cyrk: kto żyw wśród krytyków i literatów zaczął się odsuwać od osoby atakującego (rzeczywiście bardzo, delikatnie mówiąc, "kontrowersyjnej" - sama jestem jak najdalsza od jego kręgów i poglądów) i wstrzymywać od krytyki przekładów Słomczyńskiego lub wręcz je chwalić, żeby nie być posądzonym, że jest po stronie Drozdowskiego. Pewien "konkurencyjny" tłumacz poezji angielskiej, niemieckiej i innej napisał pochlebną recenzję z przekładów czy przekładu (nie czytałam jej) szekspirowskich Słomczyńskiego dla "Literatury na świecie", po czym... zatelefonował do Drozdowskiego i powiedział mu, że napisał pochlebnie o przekładach Słomczyńskiego, bo go lubi, ale prywatnie stwierdza i oświadcza, że się z Drozdowskim zgadza i że przekłady te są bardzo złe. Tak wygląda dzisiaj krytyka literacka w naszym kraju; meritum sprawy jest całkiem bez znaczenia, znaczenie mają tylko układy personalne - pisze się za lub przeciw komuś i w ten sposób rozmydla mózgi biednych nieświadomych czytelników. W kraju, w którym nie można wejść do księgarni i kupić Pana Tadeusza, poezji Mickiewicza, Słowackiego, Norwida, Kochanowskiego, nowel i powieści Prusa, Orzeszkowej, Sienkiewicza, wydaje się bardzo złe literacko przekłady Szekspira na luksusowym papierze, w wytwornej oprawie, częściowo nawet skórzanej jako bibelot edytorski. I nie to nawet jest najistotniejsze, że Ministerstwo Kultury i Sztuki całą dotację daje Wydawnictwu Literackiemu, tym sposobem zatwierdzając niejako monopol dla przekładów Słomczyńskiego i dając mu warunki specjalne, progresję nie obowiązującą przy innych publikacjach dramatów, co tłumaczowi daje około 200 zł za wers (prawie dziesięć razy więcej niż innym tłumaczom poezji). Do obłędnej polityki MKiS przyzwyczajeni jesteśmy od lat. Najgorsze w tym, że jedyną sprawą interesującą Słomczyńskiego jcst to, ile dostaje i ile dostanie za Szekspira, na którym postanowił zrobić duże pieniądze (kilkanaście milionów złotych).

Może najbardziej do rozmydlenia mózgów nie zorientowanych czytelników, jeśli chodzi o ocenę wartości tych przekładów, przyczynił się Juliusz Kydryński w swych posłowiach do poszczególnych dramatów. Publicysta zajmujący się tematyką teatralną i operową, doszedłszy do wniosku, że nie święci garnki lepią, z poniedziałku na wtorek został szekspirystą i tłumaczem elżbietańskich dramatów, mimo że nigdy nie zajmował się angielszczyzną siedemnastowieczną. O białym wierszu wie - podobnie jak Słomczyński - zapewne tyle, że "to się nie rymuje i ma jedenaście zgłosek", toteż jego przekłady są - jak zauważyła Alina Szala w swojej recenzji w "Roczniku Literackim" - właściwie bliskie prozy mechanicznie pociętej na jedenaście sylab. Są to przekłady trzepane równie pośpiesznie jak przekłady Słomczyńskiego i podobnie jak w tamtych, często w jeszcze większym stopniu, nie ma mowy o żadnej sylabotonice, cezurze itp. - kiedy się dojeżdża do jedenastej zgłoski, robi się mechanicznie rozbicie na dwie linie, a jak nie wychodzi, przestawia się jakieś słowo i leci się dalej. Panegiryki wypisywane przez Kydryńskiego na temat przekładów Słomczyńskiego brzmią chwilami wręcz groteskowo; gorzej, pisane są w sposób całkowicie arbitralny, bez żadnej analizy czy egzemplifikacji. Pisząc o Hamlecie Kydryński po prostu autorytatywnie stwierdza, że przekład Słomczyńskiego jest tłumaczeniem "wydobywającym bezbłędnie każdą myśl oryginału i nie zatracającym przy tym, a przeciwnie - podkreślającym jego uroki poetyckie", i pisze tak o chyba najbardziej niewiernym i najgorzej odczytanym z wszystkich nowszych przekładów Hamleta. Kydryński pisze to z niefrasobliwością nie zamąconą żadną znajomością rzeczy - nawet gdyby spróbował trochę przeanalizować tekst przekładu, myślę, że niewiele by z tego wyszło, bo nie ma on do tego wystarczającego przygotowania. Daje więc czytelnikowi, nie mogąc przytoczyć innych dowodów, swoje słowo honoru, że Słomczyński tłumaczy wspaniale i jest wielkim artystą. Zadziwiające, jak tłumacz wyprany ze słuchu językowego dobrał sobie klakiera równie ze słuchu wypranego! Ale nawet do Kydryńskiego coś dotarło, gdy przyszło do oceny Otella. Po wszystkich klakach i panegirykach wypisywanych do tej pory, w posłowiu do tego dramatu, w części poświęconej ocenie przekładu, ukazało się ku mojemu zdumieniu tylko jedno krótkie zdanie, informujące, że obecny przekład Słomczyńskiego jest siódmym ukazującym się drukiem. Po całym tym zachłystywaniu się "wspaniałymi artystycznie" przekładami Słomczyńskiego to lakoniczne stwierdzenie w przypadku Otella zakrawa nieledwie na demonstrację.

Czesława Miłosza - dla mnie zawsze największego polskiego poety dwudziestego wieku - przekład Jak wam się podoba był moją pierwszą pracą w PIW-ie; kiedy miałam go już cały zredagowany i gotowy (niewiele tam było do "redagowania", mimo że słyszałam, iż Miłosz uważa ten przekład za pracę nieledwie "debiutancką", robioną w czasie wojny, i podobno nie chce, by go wydano). Miłosz wyjechał i wszystko zostało wstrzymane. Czytelnikowskie wydanie Poezji to w praktyce, jak wynika z noty redakcyjnej, całość twórczości poetyckiej Miłosza z wyjątkiem paru debiutanckich wierszy, których sam autor nie pozwolił zamieścić. Dzięki temu mogłam poznać późniejszą jego twórczość, dotychczas nieznaną z wiadomych powodów. Stopniowo w ciągu ostatnich dwóch lat zdobyłam wszystkie eseje Miłosza w wydaniu paryskiego Instytutu Literackiego i - w tymże wydaniu - dwa tomy jego poezji. Teraz mogę się tym cieszyć.

Porażające piękno języka Miłosza jest tym, co obok fascynującej strony filozoficzno-rcfleksyjnej najbardziej uderza czytelnika jego późniejszych utworów i pozwala ocenić bezmiar zniszczenia, splugawicnia, "zbylejaczenia" polszczyzny w tym koszmarnym systemie - i dlatego wywołuje uczucie takiego smutku, towarzyszące zachwytowi. Gdyby nie twórczość Miłosza, może do mniejszej desperacji doprowadzałyby mnie tandetne, kiczowate, nie odczytane i byle jakie przekłady szekspirowskie Słomczyńskiego. Gdyby nie to, że obok takich "wyczynów" artystycznych istnieją Miłoszowe przekłady Biblii...

Bieda w tym, że Słomczyński nie czuje i nie zdaje sobie sprawy z tego, że tu, w Polsce, Szekspir jest także... poetą polskim - i dlatego nigdy go dobrze nie przetłumaczy.

A swoją drogą smutno się robi, kiedy się pomyśli, że tak jak w tylu innych (żeby nie powiedzieć: wszystkich) dziedzinach, i tu zmarnowano wielką szansę. Gdyby Wydawnictwo Literackie nie dało się tak omotać, nie poszło na nie sprawdzone umiejętności jednego człowieka, nie wpakowało w efekcie ciężkich milionów w przedsięwzięcie, które daje w wyniku i będzie dawać bardzo złe i tandetne przekłady - można było naprawdę stworzyć piękny i finezyjny, nowy kanon szekspirowskich przekładów, choćby w zespole tak subtelnych i sumiennych tłumaczy jak Krystyna Berwińska i Zygmunt Kubiak, niesłychanie starannie analizujących i cyzelujących każde zdanie, piszących z wdziękiem i ładną polszczyzną. Można byłoby jeszcze dobrać "do kwartetu" Marka Skwarnickiego i Ewę Lipską, nie mówiąc już o wspaniałym kwintecie, gdyby dołączył Stanisław Barańczak. Pluralizm jest w takich wypadkach zawsze lepszy, a z pewnością bezpieczniejszy... No cóż, zmarnowano jeszcze jedną szansę w kulturze polskiej.

marzec 1983 (Pierwodruk w londyńskim kwartalniku "Puls")

1    2    3 

 

 
poradkk

Tłumaczenie filmów

jakwydac

Słownik budowlany