Serwis Tłumacza


Strona główna arrow Lektury arrow Elektroniczne czy papierowe? Make Text BiggerMake Text SmallerReset Text Size
Drukuj E-mail

Elektroniczne czy papierowe?



Od dobrych kilku lat coraz większą popularność zdobywają sobie słowniki w wersji elektronicznej, wydawane na CD-ROM-ach albo udostępniane w internecie. Ich zalety wydają się dość oczywiste: wygoda użycia (zamiast wertować opasłe tomiszcze, wystarczy wpisać szukane słowo, a czasem jedynie wskazać je w tekście, na którym pracujemy), oszczędność miejsca na półce czy biurku, możliwość korzystania ze słownika w podróży, a niekiedy także dopisywania własnych haseł, natomiast w przypadku słowników internetowych - natychmiastowy dostęp do najnowszych uzupełnień i poprawek oraz (zazwyczaj) bezpłatność.

Miałem jak dotąd okazję przyjrzeć się kilkunastu słownikom jedno- i dwujęzycznym na CD-ROM-ie oraz wielokrotnie większej liczbie słowników internetowych. Kilka należących do tej drugiej kategorii sam stworzyłem. Mimo to muszę stwierdzić, że zasadniczo wciąż wolę korzystać ze słowników tradycyjnych, drukowanych na papierze. Powodem nie jest bynajmniej jakiś sentyment do szelestu obracanych kartek czy zapachu farby drukarskiej, ale względy czysto praktyczne. Doświadczenie przekonało mnie bowiem, że w ostatecznym rozrachunku posługiwanie się słownikami papierowymi jest prostsze i szybsze. Łatwiej mi sięgnąć po stojącą na wyciągnięcie ręki książkę i odnaleźć w niej potrzebne hasło, niż po myszkę, którą muszę otworzyć nowe okno przeglądarki, wejść do odpowiedniego podkatalogu zakładek, kliknąć adres witryny, poczekać, aż się z nią połączę i w końcu wpisać/wkleić szukany ciąg znaków, co niekiedy wymaga jeszcze przewinięcia strony, odszukania w gąszczu reklam okienka wewnętrznej wyszukiwarki albo podania kryteriów przeszukiwania listy haseł. Choć mam bardzo dobre i szybkie stałe łącze, nawet ono nie gwarantuje wcale, że na daną witrynę uda mi się wejść w ciągu paru sekund. Niestety, internet bardziej przypomina powiązaną drutem, rozklekotaną syrenkę niż mercedesa najnowszej generacji i bez przerwy coś w nim szwankuje. Serwery bywają przeciążone albo atakowane przez wirusy, strony są chwilowo nieczynne z powodu przebudowy, zmieniają adresy bądź w ogóle znikają, od czasu do czasu zdarzają się też przerwy w dostawie prądu (rzadkie, ale jednak) i awarie samej sieci, ponieważ np. koparka uszkodziła gdzieś światłowód (pamiętam taki przypadek sprzed kilku lat). Niekiedy mam problemy, by połączyć się nawet z własną witryną, mimo że znajduje się ona na serwerze oddalonym najwyżej o kilometr ode mnie i na pewno nie odwiedzanym przez setki tysięcy użytkowników.

Aktualność słowników internetowych też okazuje się mocno dyskusyjna. Teoretycznie można je uzupełniać, kiedy tylko jakieś nowe słowo czy wyrażenie pojawi się w powszechnym użyciu, ale w praktyce poślizg jest bardzo duży, nawet kilkuletni - łatwo się o tym przekonać, próbując znaleźć np. w OneLook choćby niektóre hasła ze słownika Radka Więckowskiego (w Google'u dające czasem tysiące trafień).

Niewiele lepiej wygląda korzystanie z CD-ROM-ów. Słowniki tego rodzaju nie zawsze można skopiować na dysk i wówczas, żeby sprawdzić jakieś słowo, trzeba wyjąć płytkę z pudełka, umieścić ją w napędzie i uruchomić program, niekiedy jeszcze logując się po drodze. A co zrobić, jeśli potrzebnych jest kilka czy kilkanaście słowników równocześnie? Albo kiedy tłumaczy się jakąś publikację multimedialną, którą trzeba porównywać z tłumaczeniem starszej wersji, również zabezpieczonej przed skopiowaniem na dysk (przykład wcale nie wydumany)? Trudno przecież o komputer z więcej niż dwoma napędami CD/DVD. (Ten problem można na szczęście rozwiązać, instalując napęd wirtualny).

Nawet jeśli uda się skopiować słowniki na dysk, ich sposób współpracy z innymi aplikacjami często okazuje się mało praktyczny czy wręcz irytujący dla użytkownika (vide zarówno niekopiowalny Słownik Kościuszkowski, jak i kopiowalny PWN-Oxford). Korzystając z wielu słowników elektronicznych naraz, każdy musimy otworzyć w osobnym oknie. W pewnym momencie przeskakiwanie między nimi staje się bardzo kłopotliwe, nawet za pomocą skrótu Alt+Tab, zwłaszcza jeśli jednocześnie otwartych jest także kilka dokumentów do pracy. W takim gąszczu trudno się połapać, a tym bardziej np. porównać definicje z kilku źródeł. Tymczasem słowniki papierowe można w razie konieczności rozłożyć na biurku lub podłodze i zawsze jesteśmy w stanie ogarnąć je wszystkie wzrokiem.

Bywają wreszcie sytuacje, kiedy praca jest już dawno skończona, a komputer wyłączony, ale akurat nasunęła nam się jakaś wątpliwość albo przyszło do głowy potencjalnie lepsze rozwiązanie i chcielibyśmy to szybko sprawdzić. Słownik papierowy czeka na półce i w każdej chwili służy pomocą; żeby zajrzeć do słownika elektronicznego, trzeba znowu wykonać cały czasochłonny rytuał włączania komputera i uruchamiania odpowiednich programów.

No i - last but not least - wertując książkę, zawsze można znaleźć w niej coś więcej niż tylko szukane hasło, kiedy oko przypadkiem zabłądzi do sąsiedniej kolumny albo zatrzyma się na innej stronie, zaintrygowane jakimś zagadkowym słowem czy zwrotem. W ten sposób zyskujemy dodatkowo okazję poszerzenia swej znajomości języka i dokonania niekiedy nader interesujących odkryć lingwistycznych.

Słowniki elektroniczne na pewno mogą być i są przydatne - zwłaszcza dla kogoś, kto w pracy tłumacza często się przemieszcza i pracuje głównie bądź wyłącznie na laptopie; z mojego punktu widzenia ich wersje papierowe wciąż jednak mają znaczną przewagę.


© by Arkadiusz Belczyk 2004

 
poradkk

Tłumaczenie filmów

Słownik budowlany