Serwis Tłumacza


Strona główna arrow W kwestii formalnej arrow Roszczenia wobec tłumaczy Make Text BiggerMake Text SmallerReset Text Size
Drukuj E-mail
Marek Czerski

Roszczenia wobec tłumaczy


Od jakiegoś czasu obserwuję coraz większy zapał zleceniodawców, by dochodzić od tłumaczy roszczeń materialnych z powodu szkód - rzeczywiście lub rzekomo - wyrządzonych błędami w tłumaczeniach. Pierwszy taki przypadek, wówczas właściwie jedyny, trafił na moje biurko w 1995 r. Dwa lata temu było ich już 23, a w ubiegłym roku ponad 30, przy czym moje pole obserwacyjne obejmuje jedynie część Polski i bynajmniej nie wszystkie sprawy na tym terenie. (Na marginesie: liczba spraw wnoszonych przez tłumaczy nie drgnęła od wielu lat i w porównaniu z liczbą roszczeń zleceniodawców jest symboliczna... Czyżby to tylko tłumacze byli źródłem strat swoich kontrahentów, a kontrahenci byli aniołami wcielonymi? "Przypuszczam, że wątpię", ale to inny temat). Wyraźnie widać pewną prawidłowość: wystarczy kilka procesów wygranych przez stronę pokrzywdzoną błędem tłumacza, by zaczęły się pojawiać kolejne pozwy. W pewnym sporym mieście nic się nie działo aż do 2003 r., za to po pierwszej wygranej sprawie tego rodzaju zleceniodawcy nagle się ożywili i liczba spraw gwałtownie wzrosła.

Można przypuszczać, że zjawisko to będzie coraz powszechniejsze. Dość przypomnieć, jak wyglądały roszczenia wobec innej grupy zawodowej - lekarzy. Dzisiejsza lawina spraw sądowych zaczęła się dopiero po kilku wyrokach skazujących, o których szeroko pisała prasa, mimo że przepisy już od dawna umożliwiały wnoszenie takich roszczeń. O procesach wytaczanych tłumaczom zapewne w prasie nie będzie się pisać, bo temat nie jest tak interesujący dla czytelników jak zdrowie, ale w środowisku ludzi biznesu wiadomości o takich przypadkach roznoszą się bardzo szybko. Czas więc chyba najwyższy, by poruszyć tę kwestię, ponieważ w przeciwieństwie do innych grup zawodowych, takich jak lekarze, adwokaci czy notariusze, tłumacz może bardzo łatwo stać się ofiarą prób zrekompensowania sobie przez klienta faktycznych lub urojonych strat. Środowisko osób parających się przekładami jest, jak się zdaje, zupełnie nie przygotowane do tego, by stawić czoła formalnym roszczeniom materialnym o naprawę szkody z powodu błędu w tłumaczeniu.

Wynika to nie tylko z braku doświadczenia, które ogranicza się najczęściej do bardziej lub mniej uporządkowanych przepychanek ze zleceniodawcą. Istnieją według mnie dwie zasadnicze przyczyny takiego stanu rzeczy. Pierwsza to zupełna nieznajomość podstawowych przepisów prawa, po części wynikająca z niechęci do zapoznania się z nimi (tu i ówdzie uważanej wręcz za coś modnego i chwalebnego). Druga - być może powiązana z poprzednią - to lekkomyślność i nieumiejętność przewidywania skutków własnego postępowania. Wyrażając tę opinię, nie formułuję zarzutu, a jedynie stwierdzam pewien fakt. Jako usprawiedliwienie tłumaczy (zwłaszcza młodych) można by wspomnieć panujący chaos informacyjny, braki w ogólnym wykształceniu oraz powszechną utratę zaufania do skuteczności i praworządności organów państwa, jak i do samego prawa. Wszystko to nie zmienia jednak faktu, że każdy obywatel w dalszym ciągu podlega przepisom prawa i może pewnego dnia stać się stroną w postępowaniu sądowym. Warto chyba być na to przygotowanym. Temu też celowi służą poniższe uwagi.

Większość spraw o odszkodowanie za błędy tłumaczeniowe dotyczy tłumaczeń nieuwierzytelnionych, to znaczy wykonanych na użytek firm prywatnych, a nie urzędów. Odnoszę wrażenie, że sądy, prokuratury, urzędy administracji i notariusze - którzy zresztą sami sporządzają mnóstwo dokumentów ułomnych i obciążonych błędami - z wyrozumiałością patrzą na błędy tłumaczy i interpretują je tak, by "było dobrze" i by nie robić nikomu kłopotów. Dlatego w sporze przed sądem słyszy się czasem argument broniącego się - często tzw. "doświadczonego" - tłumacza, że kwestionowany przekład jest poprawny, ponieważ wiele podobnych do niego poprzednich tłumaczeń uwierzytelnionych nie wzbudzało żadnych zastrzeżeń urzędów, sądów itp. Rozumowanie takie (które zresztą mogłoby służyć raczej do zilustrowania metod działania administracji i sądownictwa, a nie jako argument na obronę) wynika z nieświadomości tłumacza, że zarzuty wcześniej się nie pojawiły nie dlatego, jakoby tłumaczenia były poprawne, lecz dlatego, że urząd i tak wiedział, o co chodzi i na pomyłki patrzył przez palce.

Zgoła odmienne podejście przejawiają ludzie biznesu. Można tu wyróżnić dwie sytuacje. Pierwsza to próba znalezienia "chłopca do bicia" za niepowodzenia firmy przez nią samą zawinione. Znam np. dwa przypadki, w których zarząd polskiego oddziału dużej firmy zagranicznej pozwał tłumaczy w nadziei, że może uda się z nich zrobić kozłów ofiarnych, co pozwoliłoby polskim dyrektorom nie przyznawać się centrali, iż sami popełnili błędy (nie umieli poprawnie sporządzić umów handlowych). Łudziłby się ten, kto sądziłby, że w tego rodzaju sytuacji tłumacz łatwo udowodni przed sądem swą niewinność. Zarząd stać przecież na wynajęcie najsprytniejszych adwokatów - ostatecznie stawką w takim procesie nie są ewentualne koszty poniesione przez firmę, ale dobrze płatne posady osób dysponujących jej środkami finansowymi... Nietrudno też zgadnąć, że - abstrahując od nieczystych zagrywek - renoma międzynarodowej firmy reprezentowanej przez jakiegoś tuza polskiej palestry lub środowisk uniwersyteckich zrobi spore wrażenie na sędzim, który będzie bardziej skłonny dać wiarę argumentom tak poważnej i potężnej strony niż jakiemuś tam tłumaczowi. Z tego powodu tłumacz, który znalazł się w roli potencjalnego kozła ofiarnego, nie może spać spokojnie z przekonaniem, że skoro w tłumaczeniu na pewno nie ma błędu, to prawda sama się obroni i sprawiedliwość zwycięży. Trudno tu dawać jakieś bardziej szczegółowe rady, gdyż w gruncie rzeczy musiałyby one dotyczyć sposobów obrony przed rozmaitymi trikami procesowymi, wyrafinowanymi sposobami dowodzenia i argumentowania stosowanymi przez starych wyjadaczy sądowych. Na podstawie własnego doświadczenia mógłbym jedynie zaryzykować jedną podpowiedź: trzeba albo korzystać z pomocy naprawdę sumiennego i dociekliwego adwokata, na którym "tuzy" nie robią żadnego wrażenia, albo bronić się samemu, posiłkując się ogólnie dostępną wiedzą prawniczą i doraźnie radami fachowców.

Drugi rodzaj sytuacji to pozwy związane z rzeczywistymi błędami w tłumaczeniu. W takich przypadkach sprawa najczęściej toczy się nie o to, czy w ogóle popełniono błąd, ale w jakim stopniu ponosi za to winę sam tłumacz i jakie odszkodowanie będzie właściwe.

Roszczenia pozywających z reguły nie ograniczają się do żądania zwrotu kosztów samego tłumaczenia. (Spory o zwrot wynagrodzenia za tłumaczenia - jak się zdaje - w ogóle nie trafiają do sądów, bo strony załatwiają to między sobą). Część roszczeń dotyczy spraw stosunkowo drobnych, np. rekompensaty nakładów, jakie zleceniodawca poniósł bezcelowo wskutek błędu w tłumaczeniu. Chodzi tu np. o koszty druku i dystrybucji folderów reklamowych, które zawierają błędne informacje i z tego względu nadają się tylko na makulaturę. Nie są to bynajmniej kwoty nieznaczne (choć niewielkie w porównaniu z roszczeniami, o których powiemy dalej), jako że najczęściej wielokrotnie przekraczają wartość samego tłumaczenia i mniej zasobnego tłumacza mogą po prostu zrujnować.

Zdarzają się również sprawy (w mojej statystyce jest to ok. 30% przypadków) o naprawdę duże odszkodowania, które mają pokryć wszystkie straty firmy - faktyczne lub domniemane (np. utracone zyski, utratę dobrego imienia i wartości firmy). Dodajmy, że pozwy tego rodzaju często są wnoszone dopiero po dłuższym czasie, wskutek czego roszczenie obejmuje dodatkowo należne odsetki, straty pośrednie itp. Sprawy sięgające kilka lat wstecz są najczęściej skutkiem tego, że do transakcji, w której korzystano z błędnego tłumaczenia, włączyły się ex post strony trzecie - bądź to urzędy (urzędy skarbowe, organy planowania przestrzennego, obrót nieruchomościami), bądź strony, które dokonywanymi transakcjami poczuły się pokrzywdzone. Znane mi są np. cztery sprawy, w których w umowie kupna błędnie przetłumaczono klauzulę przejęcia przez sprzedawcę odpowiedzialności z tytułu ewentualnych roszczeń stron trzecich, wskutek czego, gdy strony te dowiedziały się o transakcji i zrobiły awanturę, skutki ich roszczeń - sięgających ceny całej nieruchomości, wartej kilka milionów złotych - spadły na nabywcę, ten zaś zażądał ich pokrycia od tłumacza jako osoby winnej błędu. Jeżeli ktoś sądzi, że na wypadek takiej sytuacji wystarczy się ubezpieczyć na kwotę 100 tys. zł, srodze się pomyli.

Mniej więcej od trzech lat zauważam też, że urzędy skarbowe coraz baczniej przyglądają się umowom handlowym i w razie wątpliwości co do poprawności tłumaczenia zlecają we własnym zakresie ponowne tłumaczenie oryginalnego tekstu. Jeśli ten nowy przekład wskazuje, iż transakcje umowne powinny być inaczej opodatkowane, podatnik wpada w tarapaty. Warto zaznaczyć, że urząd skarbowy ma prawo do kontroli dokumentów za kilka lat wstecz, zatem w przypadku żądania przez zleceniodawcę, by to tłumacz pokrył ewentualne straty finansowe, również mogą do nich zostać doliczone ustawowe odsetki.

W tego rodzaju sprawach sąd bada, czy tłumacz w ogóle popełnił błąd, a jeżeli błąd ten zostanie dowiedziony przez pozywającego, ustala się stopień winy tłumacza oraz straty poniesionie przez pozywającego wskutek tegoż błędu. Wysokość zasądzonego odszkodowania zależy nie tylko od wysokości roszczenia, ale w ogromnym stopniu również od oceny odpowiedzialności samego tłumacza za powstanie błędu.

Na treść wyroku wpływa bardzo wiele aspektów i okoliczności. Inna będzie odpowiedzialność tłumacza, który bezkrytycznie zgodził się wykonać spore tłumaczenie w bardzo krótkim terminie, bo skusiła go niezwykle atrakcyjna stawka, a inna takiego, który w identycznym przypadku poczynił wobec zleceniodawcy (i potrafi przedstawić odpowiednie dokumenty) zastrzeżenie, że np. pracując w żądanym tempie nie może dać gwarancji jakości i absolutnej bezbłędności tłumaczenia. Inaczej sąd spojrzy na tłumacza, który nie miał żadnych uwag do oddawanego tekstu, a inaczej na takiego, który co prawda przyjął błędną - w danej sytuacji - interpretację jakiejś klauzuli, ale przekazując tłumaczenie zleceniodawcy wskazał swoje wątpliwości wynikające z błędów lub braków oryginału.

Na podstawie spraw, które przewinęły się przez moje ręce, pozwolę sobie sformułować kilka rad praktycznych:

1. Nie należy przyjmować tekstów z dziedzin, o których się nie ma pojęcia. Niestety, rozmowy wśród tłumaczy (chociażby prowadzone na listach dyskusyjnych) dowodzą, że nieprzestrzeganie tej zasady jest praktyką nagminną. Bierze się wszystko, co wpadnie w ręce, nie zastanawiając się, że ryzyko popełnienia mimowolnego błędu w takiej sytuacji jest ogromne. Kiedyś zadano mi pytanie: "Co to w końcu jest ten estoppel, bo już kilka razy to miałam w umowach, które tłumaczyłam, i właściwie do dziś nie wiem, co to znaczy". A zatem kilka tłumaczeń z owym niezrozumiałym estoppelem już poszło do zleceniodawcy... Trudno tego nie uznać co najmniej za lekkomyślność.

Minimum orientacji np. w dziedzinie prawa i ekonomii daje lektura - koniecznie nie tylko w języku polskim, ale i obcym - kilku książek na poziomie elementarnego kursu uniwersyteckiego, podstawowych kodeksów i ustaw oraz autentycznych dokumentów - również w obu językach. W przypadku tłumaczeń technicznych (które nie są moją specjalnością) zapewne niezbędne będzie zapoznanie się z podstawami wiedzy w danej dziedzinie techniki, ale także z autentycznymi dokumentami i pismami, by opanować żargon środowiskowy. Na przykład pozwolenia budowlane i decyzje ws. warunków zabudowy urzędnicy piszą często okropnym językiem, którego nie sposób poprawnie tłumaczyć bez znajomości dokładnego znaczenia każdego żargonowego wyrażenia i jego odpowiednika w "cywilizowanym" rejestrze języka docelowego.

2. W przypadku wątpliwości interpretacyjnych, to znaczy wówczas, gdy tekst źródłowy nie jest jednoznaczny, a kontekst i sytuacja nie dają jednoznacznej odpowiedzi lub nie są dostatecznie znane, by orzec, jak dane sformułowanie należy rozumieć, tłumaczenie należy opatrzyć zastrzeżeniem, że jest to jedna z możliwych interpretacji, ale wobec braku bliższych informacji tłumacz nie może gwarantować jej poprawności. Tego rodzaju zastrzeżenia albo w ogóle znoszą, albo znacznie ograniczają odpowiedzialność tłumacza za ewentualny błąd interpretacyjny. Ponieważ zamieszczanie takich uwag przez tłumaczy zdarza się w praktyce bardzo rzadko, ci, którzy by nawet chcieli tak postępować, obawiają się, że zostanie to odczytane jako dowód ich niskich kwalifikacji i niekompetencji zawodowej. Postawę tę można oczywiście zrozumieć, ale trzeba być świadomym, że w ten sposób drastycznie zwiększa się ryzyko poniesienia pełnej odpowiedzialności za ewentualny błąd - tym bardziej, im mniejsze rozeznanie ma się w danej dziedzinie.

Ryzyko będzie jeszcze wyższe, gdy tłumacz nie będzie dysponował żadnymi dowodami na to, że przed oddaniem tłumaczenia usiłował sprawę skonsultować ze swoim klientem. Nieudzielenie wyjaśnień przez zleceniodawcę przenosi bowiem na niego część odpowiedzialności w razie ewentualnego błędu. Niestety, także takie postępowanie jest równie rzadkie jak wspomniane wyżej zamieszczanie w tłumaczeniu komentarzy.

3. Mówiąc o błędach interpretacyjnych, warto może wspomnieć, że tłumacze przedstawiający argumenty na swoją obronę często nie umieją rozróżnić pomiędzy źródłami wiedzy autorytatywnymi i fachowymi a popularnymi i niemiarodajnymi. Znam przypadek, w którym tłumacz, by wykazać swoją niewinność, powoływał się na odpowiedzi, jakie uzyskał od innych tłumaczy w którejś z grup dyskusyjnych. Taki "dowód" niestety z reguły nie zmniejsza odpowiedzialności tłumacza, ponieważ osoba, która mu udzieliła nietrafnej rady, nie jest stroną postępowania i najczęściej nie sposób też uznać jej za autorytatywne źródło wiedzy. W znanej mi sprawie tłumacz, który wdał się w długi spór z sędzią, w końcu usłyszał, że "o naprawę szkody z powodu złej porady może sobie pozwać swojego doradcę, a tu odpowiada za własne tłumaczenie". Innymi słowy, wiedza potoczna, obiegowe opinie, fakt, że "tak się utarło", "wszyscy tak tłumaczą" (zazwyczaj zresztą łatwo wykazać, że nie wszyscy) itp. nie stanowią żadnego argumentu. Sytuację w tym względzie utrudnia coraz niższy poziom wydawnictw leksykograficznych (w tym materiałów dostępnych w Internecie). Bardzo często dociekliwy przeciwnik może z łatwością dowieść, że przywoływane przez tłumacza "autorytatywne źródło" zawiera tyle skandalicznych błędów, iż nie sposób go uznać za miarodajne. Nie pomogą tu nawet - jakże często zamieszczane w stopkach tych bezwartościowych publikacji - nazwiska skądinąd uznanych fachowców, którzy za jakimś tam wynagrodzeniem zgodzili się firmować owe wydawnictwa, nie sprawdziwszy dokładnie, pod czym się podpisują. Przed sądem "konsultanci" ci z łatwością mogą się wykręcić od odpowiedzialności za treść danego dzieła. Samo opublikowanie książki jest bowiem tylko faktem rynkowym i w żadnym wypadku nie gwarantuje jej wysokiego poziomu. Nie znaczy to oczywiście, że nie istnieją publikacje (w tym słowniki) rzeczywiście solidnie opracowane i powszechnie uznawane za miarodajne. Ważnym kryterium jest tu opinia, jaką dane dzieło cieszy się wśród specjalistów zarówno w Polsce, jak i w kraju języka źródłowego czy docelowego.

4. Teksty tłumaczeń doręczone zleceniodawcy i teksty źródłowe należy przechowywać przez cały okres, którego mogą dotyczyć ewentualne roszczenia. W pewnym znanym mi przypadku zleceniodawca oddał sprawę do sądu po dwóch latach od sporządzenia tłumaczenia umowy, opierając się na wersji ostatecznie podpisanej z kontrahentem, którą po drodze ktoś zmienił. Tłumacz wybronił się, ponieważ udowodnił, że jego wersja tłumaczenia wyglądała inaczej. Innej sprawy o podobnym charakterze niestety nie udało się wygrać, bo choć tłumacz twierdził, że kwestionowane tłumaczenie nie zostało przez niego wykonane i wskazywanego błędu nie mógłby popełnić, nie był jednak w stanie przedłożyć żadnych dowodów na poparcie swych twierdzeń.

5. Należy przechowywać także całą dokumentację i dowody wymiany informacji (np. korespondencję) ze zleceniodawcą. Zdarzyło się np., że pewna firma zleciła tłumaczenie ogromnej umowy, zastrzegając w zleceniu pominięcie kilku fragmentów, które miały być jeszcze przedmiotem negocjacji. Potem niektóre z tych fragmentów dotłumaczył ten sam tłumacz, resztę zaś inna osoba, która niestety popełniła błędy. Zleceniodawca oświadczył w sądzie, że całą pracę wykonał wyłącznie pozwany tłumacz, na dowód czego okazał fakturę, którą tenże nierozważnie wystawił za "tłumaczenie umowy", bez wnikania w szczegóły uzgodnień. Ponieważ tłumacz nie był w stanie przedłożyć na swą obronę ani oryginalnego zlecenia, ani późniejszej korespondencji z firmą, sprawę przegrał.

6. Nie można mylić procesu cywilnego z karnym. Zasada domniemanej niewinności, w myśl której wszelkie wątpliwości interpretuje się na korzyść oskarżonego, bezwzględnie obowiązuje tylko w procesie karnym (chociaż od kiedy zmieniono kodyfikację procedury karnej i kodeksu karnego, niczego już właściwie nie można być pewnym - także własnej niewinności...). W postępowaniu cywilnym - zwłaszcza po ostatnich zmianach w Kodeksie cywilnym i Kodeksie postępowania cywilnego - ciężar dowodzenia swoich racji spoczywa niemal wyłącznie na stronach procesu. Gdy przeciwnikiem jest duża firma z adwokatem w rodzaju prof. Widackiego, o wygraną może być bardzo trudno.

Skutki pomylenia procedury cywilnej z karną mogą być fatalne. Zdarza się, że tłumacz - przekonany o poprawności wykonanego przez siebie tłumaczenia - staje przed sądem zupełnie nieprzygotowany. Na swą obronę ma jedynie jakieś fragmentaryczne dowody, w czym nie widzi powodów do niepokoju, bo przecież skoro nie jest winien, to jego winy dowieść się nie da. Niestety, druga strona korzysta z usług sprytnego i wypływowego adwokata, potrafiącego dowieść rzeczy, które wprawdzie dla pozwanego są niewyobrażalną bzdurą, ale w ocenie sądu nie budzą żadnych wątpliwości. Dlatego brak przygotowania i bierna postawa niesłusznie oskarżonego tłumacza może spowodować, że ku swemu zdumieniu zostanie on uznany za winnego i sąd nakaże mu wypłacić odszkodowanie.

7. W korespondencji ze zleceniodawcą, zwłaszcza z chwilą zaistnienia jakichkolwiek kontrowersji (zanim jeszcze spór z tłumaczem przeistoczy się w formalne postępowanie sądowe), należy bardzo ważyć słowa. Nie wspominałbym o tym, bo to truizm - słowa zawsze trzeba ważyć - gdybym nie widział na własne oczy dziesiątków lekkomyślnych i nierozważnych stwierdzeń pojawiających się w korespondencji między tłumaczami a zleceniodawcami. Trzeba pamiętać, że ma ona charakter oficjalny i może posłużyć jako dowód w ewentualnym procesie cywilnym. Znam przypadek, w którym znerwicowana tłumaczka, odpowiadając na reklamację klienta, dobrodusznie - i zgodnie z prawdą - napisała w mailu, że jest przemęczona, zaharowana i sama nie wie, jak się nazywa (a do tego ma trudne dziecko i nieznośnego psa). Adwokat drugiej strony doskonale wiedział, jak takie oświadczenie wykorzystać...

8. W odniesieniu do tłumaczeń literackich, obciążonych prawami autorskimi, trzeba pilnować poprawności obrotu tymi prawami, tzn. sprawdzać, czy tłumaczenie i jego udostępnienie nie narusza praw lub woli autora dzieła pierwotnego. Z praktyki innych osób znam taki oto przypadek: tłumacz wykonał - skądinąd ładny - przekład eseju i książki jednego ze znanych autorów, zaproponował wydawcy publikację i podpisał z nim umowę, w której były zawarte wszystkie standardowe gwarancje, m.in. ta, że przedłożone tłumaczenie nie narusza praw osób trzecich. Pech chciał, że autor oryginału zastrzegł wyłączność na udostępnianie tłumaczeń swoich dzieł na rzecz innej osoby niż ów wydawca. Tłumacz, pozwany przez wydawcę, bezskutecznie wyjaśniał potem w sądzie, że "nie orientował się", a pod stwierdzeniem, iż jego "tłumaczenie nie narusza praw osób trzecich", podpisał się, ponieważ przekład wykonał osobiście, jest zatem jego wyłącznym dysponentem.

9. Wydawać by się mogło, że płynie z tego wszystkiego jeden logiczny wniosek: od własnych błędów warto się ubezpieczyć. Powstrzymam się jednak od jednoznacznego sformułowania takiego postulatu, gdyż w moim przekonaniu najpierw trzeba przede wszystkim wiedzieć, jak owych błędów unikać i jak chronić się przed ich konsekwencjami, a dopiero w dalszej kolejności można rozważyć opłacenie sobie ostatniej deski ratunku, jaką mogłaby być polisa ubezpieczeniowa. Takie podejście jest i roztropniejsze, i tańsze. Zagadnienia ubezpieczeniowe wykraczają zresztą poza tematykę niniejszego tekstu, nie będę zatem nikogo ani namawiać do ubezpieczania się, ani odwodzić od tego pomysłu. Zasygnalizuję w tym miejscu tylko jedną istotną sprawę: zanim podpisze się umowę z firmą ubezpieczeniową (czy jakąkolwiek inną), trzeba podsunięty dokument bardzo, ale to bardzo uważnie przeczytać. Firmy ubezpieczeniowe jak mało kto potrafią w swych umowach (a także przeróżnych regulaminach, umowach ogólnych itp., stanowiących integralną część polisy) ukryć postanowienia, które z ubezpieczonego czynią swoistego "darczyńcę" tychże firm.

Zapewne można by tu dorzucić jeszcze kilka innych spostrzeżeń i rad, ale i te - mam nadzieję - wystarczą, by dać do myślenia koleżankom i kolegom tłumaczom, zwłaszcza młodym. Wszystkim życzę pracy bez błędów, a jeżeli już się takowe zdarzą, dobrego przygotowania do obrony przed ich konsekwencjami.


© by Marek Czerski 2006


 
poradkk

Tłumaczenie filmów

Słownik budowlany