lecz

 

Zawsze mnie uczono, że spójnik lecz to typowy przykład języka literackiego – o czym świadczy także użyty w Słowniku języka polskiego kwalifikator „książkowy” – natomiast potoczna polszczyzna preferuje w jego miejsce spójnik ale. (Podobnie w języku potocznym zamiast górnolotnego albowiem używamy ponieważ bądź jeszcze bardziej kolokwialnego bo, a zamiast że). Tymczasem w ostatnich latach to silnie nacechowane stylistycznie słowo zrobiło zadziwiającą karierę i coraz częściej pojawia się dziś w tekstach, które z literaturą piękną jako żywo niewiele mają wspólnego.

Wylansowanie lecz jest, jak sądzę, głównie zasługą tłumaczy języka angielskiego, którzy z jakichś zagadkowych względów uznali je za lepszy (bardziej nobliwy?) odpowiednik but niż banalne ale. Zaczęło się to chyba w drugiej połowie lat 80., kiedy rynek zalały amatorskie tłumaczenia filmów wideo i zachodniej literatury (zwłaszcza fantastyczno-naukowej). Moją uwagę zjawisko zwróciło któregoś dnia podczas lektury pewnej dość znanej amerykańskiej powieści, w której natknąłem się na taki mniej więcej (cytuję z pamięci) fragment dialogu:

– Lecz… – próbowała zaprotestować.
– Żadnych lecz – przerwał jej gwałtownie.

Trudno chyba wymyślić coś bardziej odległego od brzmienia polszczyzny mówionej i bardziej porażającego ucho sztucznością. Mogę się założyć o każde pieniądze, że w całej historii języka polskiego nikt nigdy czegoś takiego nie powiedział. Najwyraźniej jednak tłumacz owej powieści był innego zdania i żadnego zgrzytu stylistycznego nie dostrzegał.

Szybko zresztą odkryłem, że nie jest to przypadek odosobniony, że mam raczej do czynienia z jakimś przedziwnym trendem, spiskiem wręcz, wspieranym szczególnie przez tłumaczy filmów, również tych wyświetlanych w kinie i telewizji. Nagle niemal wszyscy uznali spójnik lecz za naturalny element idiolektu nie tylko gustujących w barokowej mowie pisarzy, ale także naukowców, żołnierzy, policjantów i gangsterów, dzieci i ich opiekunek, alkoholików, meneli, gospodyń domowych, wietnamskich kucharzy w filmach dokumentalnych na kanale Discovery…

W obliczu tego zmasowanego ataku coraz więcej Polaków zaczęło dochodzić do wniosku, że najwyraźniej tak mówić i pisać należy. Lecz zawędrowało więc do tekstów technicznych, nawet równie przyziemnych jak instrukcja obsługi pralki czy pliki pomocy systemu Windows. Stopniowo opanowało internetowe listy dyskusyjne. Pojawiło się w teleturniejach – wraz z równie swojskim gdyż, którym naszpikowane są „spontaniczne” wypowiedzi uczestników („Zgłosiłam się do programu, gdyż chcę się sprawdzić i poznać ciekawych ludzi”). Podbiło serca, umysły i pióra dziennikarzy prasowych, z których wielu jakby w ogóle zapomniało o istnieniu ale i nawet zadając pytania w wywiadach, z lubością leczują swoich rozmówców.

W kwietniu 2002 r. (dokładnej daty niestety nie zanotowałem) nastąpiło epokowe wydarzenie w historii leczomanii. Oto po raz pierwszy zdarzyło się, że zagadnięty na ulicy przypadkowy Polak w wypowiedzi do kamery telewizyjnej z własnej, nieprzymuszonej woli użył lecz. Zapewne uznał, że dzięki temu lepiej wypadnie na ekranie. Jest więc już tylko kwestią czasu, kiedy lecz dotrze do sklepów mięsnych („Proszę 20 deko szynki, lecz niekrojonej”) i magla („Kowalska ma kochanka, lecz wszystkiego się wypiera”). Wówczas przyznam, że zaiste jesteśmy narodem poetów.

 

© by Arkadiusz Belczyk 2003-2005