posiadać

 

Namnożyło nam się we współczesnej polszczyźnie posiadaczy. Cóż z tego, że słowniki wyraźnie zalecają, by czasownika tego nie stosować w połączeniu z podmiotami nieżywotnymi ani w odniesieniu do rzeczy drobnych. Otwieram gazetę (niby poważną i opiniotwórczą) i dowiaduję się oto, że pewien utwór muzyczny „posiada żywotność”; próbuję wysłać list za pomocą ulubionego programu pocztowego w ulubionym systemie operacyjnym i otrzymuję komunikat, że „wiadomość nie posiada tematu”; sięgam po płytę DVD, a ta okazuje się posiadaczem „wersji z polskim lektorem”; urządzenia posiadają przyciski, zwierzęta posiadają oczy (zęby, wąsy, kończyny, ogony), fabuły książek posiadają zwroty akcji… Przykłady można podawać bez końca.

Mechanizm tego zjawiska jest oczywiście identyczny jak w wypadku opisywanego już gdzie indziej spójnika lecz czy takich szeroko rozpowszechnionych koszmarków jak „na dzień dzisiejszy”, „na chwilę obecną”: nie mogę użyć słowa pospolitego (mieć, ale, dziś, teraz) – myśli sobie zakompleksiony autor wypowiedzi – bo jeszcze by ktoś uznał, żem prostak i nieuk. Przez pewien czas sądziłem, że za ten pęd do podkreślania stanu posiadania odpowiada w jakimś stopniu chęć zerwania z dziedzictwem komunizmu, czyli systemu, który z założenia walczył z wszelką własnością prywatną. Okazało się jednak, że zjawisko jest wyraźnie starsze od III Rzeczpospolitej. Niedawno bowiem wpadła mi w ręce książeczka Wisławy Szymborskiej pt. „Poczta literacka, czyli jak zostać (lub nie zostać) pisarzem”, będąca wyborem jej recenzji tekstów przysyłanych do „Życia Literackiego” przez początkujących literatów. Jeden z tych uroczych komentarzy sprzed lat pozwolę sobie przytoczyć w całości:

Ala już nie ma kota, teraz Ala posiada kota. Kariera tego patetycznego nieco „posiadania” rozwija się żywiołowo. Słowo to do niedawna określało własność dużą i raczej trwałą. Obecnie „posiada się” nawet bilet tramwajowy… Tylko, w takim razie, co się po prostu i zwyczajnie ma? Nie posiadamy pojęcia.

 

© by Arkadiusz Belczyk 2003-2006